Obserwatorzy

Google+ Followers

Golden Rose Quick Dry

Cześć!
Odebrałam już wyniki matury, więc jeszcze rekrutacja na studia i oficjalne wakacje. Swoją drogą widziałyście wyniki matur? Prawie 30% osób nie zdało. Wydaje mi się, że to świadczy o tym, że jednak tegoroczna matura była trudniejsza, mimo że niektórzy usilnie starają się udowodnić, że wcale tak nie było. Ale chyba nie okazało się, że rocznik '95 jest rocznikiem ludzi głupszych niż inni?
No, ale to taka chwila zastanowienia. Ja na szczęście zdałam i nawet nieźle mi poszło, mogło być lepiej, ale gorzej też być mogło ;)

A dziś chciałabym Wam powiedzieć o wysuszaczu z Golden Rose. Jak na razie jest to jedyny wysuszacz, jaki wypróbowałam. Wiem, jestem zacofana w tym temacie :)



Quick Dry otrzymujemy w charakterystycznej butelce, w takiej samej są choćby lakiery z kolekcji Rich Color, pojemność to 10 ml. Akurat nie jest to dla mnie specjalnie znacząca kwestia, ale buteleczka jest wygodna, albo przynajmniej nie przeszkadza, łatwo się zakręca i odkręca, jest przezroczysta, więc nie ma problemu z kontrolowaniem ilości top coatu.
Pędzelek ukazany na poniższym zdjęciu też jest taki jak w lakierach. Dość szeroki, pozwala na dość szybkie pokrycie płytki, jest po prostu wygodny. Jak widać jest zabarwiony lakierem. Niestety pędzelek zawsze zbiera kolor, jednak nie sprawia to problemów w późniejszym użytkowaniu. Po prostu wygląda średnio.


No i kwestia najważniejsza - działanie. I tu zaczynają się problemy. Producent pisze, że po nałożeniu lakieru wystarczy odczekać minutę i można nakładać top coat, który sprawi, ze po kolejnej minucie lakier będzie suchy. Obietnica piękna szkoda tylko, że bez pokrycia. 
Jeśli po nałożeniu lakieru odczekamy tylko 60 sekund, to mamy jak w banku, że pędzelek zbierze lakier i przemieści w inne miejsce, stworzą się okropne prześwity. Często czekam i 5 minut, ale i tak prześwit może się zdarzyć (i to całkiem znaczny).  Staram się jak najmniej dotykać lakieru pędzelkiem, no ale nie da się zupełnie tego uniknąć.
Dalej mamy wysuszanie. Suchy lakier w 60 sekund? Marzenie, niestety gruszki na wierzbie. Nie wiem, czy trafiłam na jakiś gorszy egzemplarz, ale mogę czekać i czekać aż lakier wyschnie, mimo nałożonego top coatu. Trochę przyspiesza ten żmudny proces, ale nie ma co liczyć, że po chwili można się zająć czym innym, bo możemy osiągnąć piękne odgniecenia na naszych świeżo pomalowanych paznokciach.
Mogę więc powiedzieć, że jego główne działanie nie jest niestety najlepsze. Dodatkowo ma tworzyć błyszczącą taflę i z tym rzeczywiście sobie radzi, lakier ładnie lśni. Jednak nie zauważyłam niestety przedłużenia trwałości. Manicure jest ładny tak samo długo jak bez wysuszacza.
Jedyne z czym sobie bardzo dobrze radzi, to naprawianie niewielkich szkód. Jeśli coś nam się odciśnie na lakierze, czy też trochę się on uszkodzi, wystarczy nałożyć solidną warstwę Quick Dry i wszystko ładnie się wygładzi.


Nie mogę polecić tego produktu. Skoro nie spełnia swojego podstawowego zadania, to uważam, że nie jest wart wypróbowania i szargania sobie nerwów przez ściąganie lakieru z paznokci.
Quick Dry kosztuje jakieś 8-10 zł. Według mnie nie warto, mimo niewielkiej ceny.

Miałyście ten produkt? Byłyście z niego zadowolone?
Jaki jest najlepszy wysuszacz według Was?
Dziewczyny, tegoroczne maturzystki, jak Wam poszło? Mam nadzieję, że wszystkie zdałyście? :)
Buziaki!




Lovely, Silky Power - odżywka do paznokci

Cześć!
Dziś mam dla Was kolejny produkt Lovely, akurat tak się złożyło ;)


Tym razem jest to odżywka z jedwabiem. Liczyłam, że okaże się kolejnym dobrym i tanim produktem. Niestety zawiodłam się.

Z początku może wydawać się super, zwięzły i ładny opis producenta, w środku jedwab, witaminy, filtr UV. No jak z bajki po prostu. Problemy zaczynają się już po otwarciu odżywki. Wyciągamy pędzelek i widzimy długą smugę odżywki powoli spływającą z powrotem do butelki, po chwili smuga zmienia się w skapujące krople. Liczyłam, ile trzeba czekać aż ogromny nadmiar spłynie z pędzelka: wyszło mi około 15 - 20 sekund. Po tym czasie możemy nałożyć w miarę cienką warstwę na paznokieć. W wypadku nieczekania możemy mieć duży problem w formie wielkich kropel odżywki, które wcale nie chcą wyschnąć. Możemy oczywiście próbować też usunąć nadmiar preparatu poprzez znane wszem o wobec pocieranie pędzelkiem o buteleczkę (marnie ubrałam to w słowa, ale każdy wie, o co chodzi), jednak nic to nam nie pomoże, bo odżywka spływa i spływa i spływa i po obtarciu pędzelka wciąż jest jej pełno i musimy czekać.

Wylałam żale, teraz czas na inne kwestie. Opakowanie jak widać na zdjęciu, typowe dla preparatów do paznokci z Lovely. Pędzelek jest jako taki, nie idealny, trochę za cienki, ale nie sprawia większych trudności. 
Konsystencja jest wyraźnie zbyt rzadka. Nie rozlewa się po skórkach, chyba że użyjemy jej zbyt dużo, wtedy pływa sobie po paznokciu przez chwilę, aż zacznie zasychać w miejscu, które nie zależy od nas.
Jeśli chodzi o wygląd na paznokciu, otrzymujemy delikatną mleczną płytkę już po pierwszej warstwie odżywki.

Poniżej odżywka na moim (znowu krótkim) paznokciu ;)


No i jeszcze jedna bardzo ważna sprawa - działanie. Jak dla mnie odżywka absolutnie nic nie daje. Może być bazą pod lakier, ale nie ma co liczyć na nagły ratunek dla paznokci. A niestety w roli bazy też się najlepiej nie sprawdza. Zdarzało się, że pomalowałam paznokcie i kilka godzin później lakier zaczynał odłazić, wiążę to właśnie z tą odżywką, bo próbowałam z różnymi lakierami i zawsze manicure tak samo się psuł, czasem od razu czasem na drugi dzień, ale nie da się tego uniknąć.
Odżywka wysycha całkiem szybko, o ile uda nam się nałożyć cienką warstwę

To chyba na tyle w tym temacie, niestety nie zawsze tanie może być dobre, zdarzają się jednak produkty, których warto szukać, taniocha może nas zaskoczyć :)


Znacie tę odżywkę? 
Używacie też tych tanich produktów, czy skupiacie się na wyższej półce? :)
Buziaki!

Lovely, serum z wapniem i witaminą C

Cześć!
Najpierw małe wytłumaczenie. W ciągu ostatnich dni opuściłam się trochę z przeglądaniem Waszych blogów, bo zepsuła mi się lista czytelnicza. Wyświetla mi się tylko jeden wpis, więcej nie chce się załadować, więc powoli przenoszę listę obserwowanych blogów do aplikacji, ale nie jest to zbyt wygodne, za to bardzo pracochłonne, bo wpisanie adresów prawie 400 blogów naprawdę długo zajmuje. Wybaczcie mi więc, że nie wpadam komentować. Liczę na to, że niedługo lista zostanie naprawiona...

Jeśli mnie czytacie od jakiegoś już czasu, to z pewnością wiecie, że moim ogromnym utrapieniem są paznokcie. Bardzo się staram, ale one wciąż się łamią, rozdwajają i zapuszczenie ich oraz utrzymanie w takim stanie jest naprawdę trudne.
Dlatego też przychodzę do Was z kolejnym specyfikiem, który ma za zadanie wzmocnić nasze paznokcie.


Serum z Lovely było mi wiele razy polecone, więc zważając na jego niską cenę - niecałe 8 zł a kupiłam na promocji za 4 zł, nie mogłam się powstrzymać i oczywiście je kupiłam.
Otrzymujemy buteleczkę o pojemności 11 ml, o zakrętce typowej dla tego typu produktów. Początkowo wydaje się ona niewygodna, ale szybko się można przyzwyczaić i nie sprawia żadnych problemów. Buteleczka jest przezroczysta, więc zawsze możemy sprawdzić ile produktu jeszcze nam pozostało. Jeśli chodzi o pędzelek, jest on dość cienki, ale aplikacja serum i tak jest dziecinnie prosta, bez względu na niego.


Odżywka nie jest w formie lakieru tylko właśnie w formie serum, które niesamowicie szybko się wchłania. Kiedy nakładam je na ostatni paznokieć, na pierwszym jest już prawie wchłonięte. Stanowi to dużą oszczędność czasu dla osób, którym bardzo go brakuje i nie mają czasu na wcieranie olejków przez pół godziny ;)
Po wchłonięciu na paznokciu nie ma nawet śladu zaaplikowanego serum, można spokojnie pomalować paznokcie.

Serum praktycznie nie ma zapachu, kiedy przystawimy nos do butelki, wyczujemy delikatną woń, ale nie jest ona wyczuwalna przy normalnym używaniu. 
W butelce serum ma różowy kolor, na paznokciach jest ono po prostu przezroczyste, choć nie ma to większego znaczenia, skoro serum się wchłania.
Konsystencja jest jakby półpłynna. Serum nie spływa z pędzelka ani z paznokci, jednak nie nazwałabym go żelem. Mogę po prostu powiedzieć, że konsystencja jest idealna. 

No i przechodząc do meritum, czyli działanie. Przy regularnym stosowaniu serum rzeczywiście ma szansę zadziałać. Kiedy używałam go trzy razy dziennie i to codziennie, paznokcie wzmocniły się trochę, zauważyłam mniejszą łamliwość i zupełny brak rozdwajania. Do tego wyglądały po prostu zdrowiej. Byłam bardzo zadowolona z efektów tego serum, niestety kiedy się je odstawi, wszystkie pozytywne skutki znikają i paznokcie właściwie wracają do normalnego stanu.
Może się wydawać, że to syzyfowa praca, ciągle trzeba dbać. Ale niestety tak to jest z paznokciami, niektórzy nie muszą robić nic i wyglądają one cudownie, a niektórzy muszą codziennie się starać, żeby utrzymać je w dobrym stanie. Dla mnie nie jest to uciążliwe, lubię dbać o paznokcie (o ile się odwdzięczają ;) ).


Myślę, że warto wypróbować to serum. Nawet jeśli ktoś nie uzyska spektakularnych efektów, to cena jest tak niska, że nie trzeba żałować wydanych pieniędzy (choć oczywiście nikogo nie zachęcam do stałego wyrzucania pieniędzy w błoto).

Dla nikogo nie będzie pewnie niespodzianką, jeśli powiem, że serum jest dostępne w Rossmannie.

Znacie to serum? A może znowu możecie polecić mi jakieś dobre produkty do paznokci, które sprawią, że przestaną się łamać i rozdwajać? :)
Buziaki!


Błoto z Morza Martwego

Cześć!
Dziś o błotku, o którym ostatnio można było czytać na kilku blogach. Ja już mam je od dawna, ale jakoś się nie mogłam zebrać do napisania. Z góry przepraszam za niezbyt górnolotną jakość zdjęć, blogger jak zwykle mi pojechał po jakości :/
Ja ogólnie jestem fanką glinek, więc i błotko musiałam wypróbować. Poniższy produkt jest wyrobem White Flower, dostępny w każdym Rossmanie w cenie 15-20 zł w zależności od promocji. Są to grosze zważając na to, że dostajemy 500g błotka w proszku, nierozcieńczonego, bez dziwnych dodatków.


Instrukcja użycia jest bardzo prosta, wrzucić błoto do naczynia i zalać wodą. Ja, ze względu na mały strach przed podrażnieniami, postanowiłam dolać tam trochę olejku, wypadło na olej konopny po prostu. Potem wystarczy wymieszać, czasem sprawia to małe trudności, bo lubią się robić grudki, które trudno rozbić, a mogą się przyczynić do późniejszych trudności ze zmywaniem czy też małych zaczerwienień.




To teraz obietnice producenta:
Oryginalne błoto z Morza Martwego, pozyskane ręcznie, poddane procesowi suszenia na słońcu. Zachowuje wszystkie właściwości błota mokrego. Po otwarciu zawartość opakowania możesz zużywać stopniowo, przez dłuższy okres czasu.
Skład: 100% błoto z Morza Martwego.
Maska błotna z Morza Martwego: 
- regeneruje, pielęgnuje i odżywia skórę,
- oczyszcza i wygładza, pozostawiając skórę świeżą, matową i nawilżoną; 
- pobudza krążenie krwi i metabolizm skórny
- jest szeroko stosowana w ośrodkach SPA do zabiegów antycellulitowych i przeciw rozstępom
- pozwala usunąć zmęczenie fizyczne i psychiczne
- może być ważnym uzupełnieniem w terapii trądziku, łuszczycy, atopowego zapalenia skóry, egzem czy łojotoku. 
Jak błoto naprawdę się sprawdza? Mogę powiedzieć, że wiele obietnic jest rzeczywiście spełnionych. Po zmyciu maseczki z błotka zauważam oczyszczoną skórę, która wygląda świeżo, czysto i promiennie. Towarzyszy temu doskonały mat, który utrzymuje się przez jakiś czas. Rzeczywiście pomaga trochę w leczeniu trądziku, zmniejsza niedoskonałości, sprawia, że skóra wygląda po prostu lepiej. Zdarza mu się także częściowe oczyszczenie i zwężenie porów.

Błoto jeszcze mnie jakoś specjalnie nie podrażniło, moim sposobem jest olej dodany do mieszanki i potem kładę na twarz mokre chusteczki higieniczne, co doskonale utrzymuje wilgotność maseczki, nic nie zasycha i nie ściąga skóry.

Używałam błota również na moje ręce, na których mam objawy rogowacenia okołomieszkowego. Produkt poradził sobie fajnie, oczyścił skórę i pozwolił na porządny peeling skóry. Później użyłam ukochanego Pilarixu i mogłam się cieszyć prawie przyjemną skórą (co jest dobrym osiągnięciem) :)

Wszystko pięknie, ale uwaga! Osoby z cerą naczynkową powinny uważać na pobudzenie krążenia krwi. Powinno się również pamiętać, że lepiej nie używać tego produktu za często. Zbyt mocne oczyszczanie co chwilę może działać niezdrowo na naszą skórę.

Co się tyczy aplikacji, nie sprawia mi ona problemów. Możemy uzyskać dowolną konsystencję, potem wystarczy wsadzić rękę i się wysmarować tam, gdzie trzeba. Przy zmywaniu trzeba się czasem trochę napracować, możemy w bonusie otrzymać dobry peeling, co jednak może nie być wskazane przy wrażliwej skórze, ale wtedy też można sobie poradzić ;)

Jeszcze w temacie wydajności mogę powiedzieć, że naprawdę się opłaca. Błota jest od groma, a wskazane 3-4 łyżeczki na maseczkę na samą twarz to zdecydowanie za dużo. Mi te 4 łyżeczki starczyły na oba przedramiona. To też może być kwestią tego, jak lubimy maseczki robić i ile nosić, ale w każdej wersji starczy nam proszku naprawdę na długo.

Na zdjęciu poniżej widać wymieszaną już breję. Wygląda średnio zachęcająco, pachnie również nieciekawie, ale ja już jestem przyzwyczajona do takich "dziwnych" rzeczy nakładanych na skórę.


No i w  bonusie jeszcze zdjęcie wanny po zmyciu błota z rąk ;) Na szczęście wszystko ładnie spływa ze strumieniem wody.



Znacie to błoto? Chciałybyście je wypróbować? :)
Buziaki!

Trochę kultury #3 - niekosmetyczni ulubieńcy maja?

Cześć!
Ten kto mnie obserwuje na facebooku, wie, że nie było mnie, bo zabalowałam na weselu :) W piątek rano wyjechałam, po południu było wesele i zabawa do rana. W sobotę położyłam się o 6 rano i przed 10 znowu na nogach. 
Wczoraj po południu już wróciłam do Warszawy, ale sił jeszcze nie nabrałam, więc dziś taki luźny pościk, bo dawno nie było nic niekosmetycznego ;)

Pomyślałam o niekosmetycznych ulubieńcach maja, ale nie wiem, czy rzeczywiście coś z tego wyjdzie :)

SERIAL




Body of proof lub też w naszym ojczystym języku - Anatomia Prawdy. Serial został mi polecony, podeszłam trochę sceptycznie, ale jak tylko zaczęłam oglądać wciągnęłam się strasznie.
Wszystko kręci się wokół głównej bohaterki Dr Megan Hunt, która jest lekarzem sądowym i na podstawie sekcji zwłok ustala przebieg zdarzeń. W tej pracy pomaga jej kilka innych postaci, których naprawdę nie można polubić. Sama bohaterka jest postacią dynamiczną, zaczynamy od ekscentrycznej lekarki, która myśli, że jest najmądrzejsza na świecie i nie lubi kontaktów z ludźmi. Z czasem Megan zmienia się, zaczyna dbać o przyjaciół, interesuje się ich życiem, polepsza kontakty z córką i staje się o wiele lepszym człowiekiem. Jednak przeświadczenie o swojej wyższości nadal pozostaje ;) Mogłabym ją porównać do postaci Dr House'a czy też Sherlocka (z wersji emitowanej na BBC), powiedziałabym, że Megan nie dorasta im do pięt, ale dedukcją i charakterem może być odrobinę wzorowana na wymienionych bohaterach.
Dr Hunt jest grana przez Danę Delany, być może jest ona Wam znana z Serialu Gotowe na wszystko. Wydaje mi się, że jest naprawdę doskonała w tej roli, ale to już kwestia subiektywnej oceny :)

Nie będę się tu rozpisywać dużo o fabule serialu, po prostu trzeba to obejrzeć samemu. Powiem tylko, że naprawdę się nie nudziłam. Każdy odcinek przynosi nam nowe morderstwa i nowe zagadki, które usilnie staramy się rozwiązać.


FILM





X-men to seria filmów chyba każdemu znana? Wcześniej oglądałam tylko jedną czy dwie części, ostatnio był jednak w kinie maraton tych filmów wraz z najnowszą częścią. To mnie zainspirowało do powrotu do bohaterów z mojego dzieciństwa. Zawsze z bratem oglądaliśmy animowany serial x-men, który jest podobny pod względem bohaterów i niektórych wątków.
Krótko przybliżając fabułę filmy pokazują mutantów, ludzi z tak zwanym genem X, który daje im nadprzyrodzone moce. Każdy ma inny dar, niektórzy posługują się telekinezą, inni są zmiennokształtni, mają moce nad pogodą, mogłaby tak wymieniać i wymieniać. 
Głównie wszystko opiera się na walce dobra ze złem, czyli grupy X-menów, którzy są dobrzy i chcą normalnie żyć w towarzystwie zwykłych ludzi. Tej grupie przewodzi Profesor Xavier, który wciąż ściera się z Magneto, który jest przywódcą mutantów, którzy chcą zniszczyć ludzi i przejąć władzę nad światem.
Ostatnia część "Pierwsza klasa" opowiada o początku wszystkiego, młody Charles Xavier dopiero zaczyna zbierać swoją grupę, wyjaśnia się wiele niedopowiedzeń z poprzednich części.

Wcześniej nie ciągnęło mnie do tych filmów, wydawało mi się, że nie będę ich lubiła. Ostatecznie okazało się, że je po prostu uwielbiam i mogłabym obejrzeć jeszcze kilka razy :) 


KSIĄŻKA


Długo się zastanawiałam, co tu wpisać, nie mogłam się zdecydować. Jednak wybór padł na Nację Pratchetta. To była pierwsza książka, po którą sięgnęłam zaraz po maturze, kiedy leżałam z bólem brzucha i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Nacja leżała na półce jeszcze nie przeczytana.
Główny bohater Mau wraca na swoją rodzinną wyspę po przebyciu "rytuału przejścia", musiał mieszkać na innej wyspie i dawać sobie radę sam. Jednak okazuje się, że tsunami zmiotło całą wyspę i Mau pozostaje jedynym żywym mieszkańcem wyspy. Na szczęście taki stan rzeczy nie pozostaje na długo.
Książka pozwala nam towarzyszyć Mau w odbudowywaniu życia po katastrofie, widzimy jego wygrane i niepowodzenia, wraz z nim możemy odczuwać swego rodzaju bezsilność wobec sił natury.

Myślę, że to nie jest książka tylko dla dzieci, choć wiek głównego bohatera mógłby na to wskazywać. Ja niby jestem dorosła, a wciągnęłam Nację za jednym posiedzeniem, jeden dzień wystarczył na całą książkę, co wskazuje na to, że widać nie jest taka zła ;)


MUZYKA


Długi czas nie byłam przekonana do Meli Koteluk, oprócz jednej jej piosenki z Czesławem Mozilem z filmu "Baczyński". 
Jednak siedząc w poczekalni u lekarza trafiłam na link do tej piosenki i postanowiłam przesłuchać. Spodobała mi się :) Trochę byłam zdziwiona, bo raczej nie trafiłaby w mój gust muzyczny, ale widać życie jest pełne niespodzianek.
No i trochę przyzwyczaiłam się do tej piosenkarki oglądając Prawo Agaty, bo często tam występuje (chyba, że to nie ona, tylko ktoś podobny ;) ).


No i to na razie byłoby na tyle :) W czerwcu będę bardziej zwracać uwagę na ulubieńców, może uda się z tego zbudować ładną serię postów :)

Interesują Was w ogóle takie posty?
Jak u Was wyglądają niekosmetyczni ulubieńcy maja?
Buziaki!



Piękny zapach w niepozornej butelce - Planeta Organica, balsam Aleppo

Cześć!
Ostatnio narzekałam na upały, teraz muszę ponarzekać na zimno. Czy nie może być choć chwili równowagi? Albo nie chce mi się wyjść z domu, bo jest ponad 30 stopni, albo nie mogę wyjść, bo marznę zawinięta w kołdrę. No nie mogę, jest czerwień przydałoby się trochę temperatur koło 20-23 stopni.

Koniec narzekania, dziś kilka słów o kolejnym produkcie od Skarbów Syberii.


Informacje ze strony sklepu:
"Olejek z liści laurowych wzmacnia krążenie w skórze głowy, stymuluje odnowę komórek, intensywnie odżywia i zmiękcza włosy. Ekstrakt sudańskiej róży pomaga zachować optymalny poziom nawilżenia włosów oraz chroni je przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych.
Składniki:
• Organiczna Oliwa z Oliwek (Organic Olea Europaea Fruit Oil)- ceniona za swoje właściwości nawilżające, odżywcze, kojące, ochronne oraz zmiękczające jest skarbnicą witamin i związków mineralnych. Zawiera witaminy z grupy B, witaminy C, E i A, sole mineralne fosfor, potas, magnez, wapń, żelazo, miedź. Sprawia, że suche i zniszczone włosy odzyskują swój naturalny koloryt, miękkość oraz blask, wygładza je i regeneruje.
• Ekstrakt z czarnego kminku (Nigella Sativa Seed Extract)- zwany też złotem faraonów charakteryzuje się intensywnie czarną barwą, jest niezwykłą substancją naturalną znaną od tysiącleci ze swych leczniczych właściwości. Bogaty w takie składniki odżywcze jak nienasycone kwasy tłuszczowe, śladowe ilości saponin i alkaidów, aminokwasy, witaminy i sole mineralne. Nadaje włosom miękkości, osłabione odzyskują wigor, stają się silniejsze, bardziej sprężyste, stymuluje ich wzrost. Nasyca skórę głowy przeciwutleniaczami.
• Olej z pestek winogron (Vitis Vinifera Seed Oil)- ma szerokie zastosowanie w kosmetyce, bardzo dobrze się wchłania i błyskawicznie działa. Zawiera dużą ilość witaminy F (zespołu nienasyconych kwasów tłuszczowych w tym kwasu linolowego), bogaty w witaminę E, działa tonizująco i przeciwzapalnie, reguluje wydzielanie sebum. Przyspiesza proces regeneracji naskórka i włosów, wygładza je, nawilża, uelastycznia. Wzmacnia włosy czyniąc je bardziej odpornymi na zniszczenia

Sposób użycia: 
Nanieść balsam na mokre włosy, rozprowadzić na całej długości i pozostawić na 3-5 minut, a następnie dokładnie spłukać

Skład (INCI): Aqua with infusions of Organic Olea Europaea Fruit Oil (organiczna oliwa z oliwek),Hibiscus Sabdariffa Flower Extract (wyciąg z róży Sudanu), Organic Laurus Nobilis Oil (organiczny olej laurowy), Thymus Vulgaris (Thyme) Leaf Extract ( wyciąg z tymianku), Nigella Sativa Seed Extract ( ekstrakt z czarnego kminku), Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil (olej z pestek winogron), Cetearyl Alcohol, Glycerin, Behentrimonium Chloride, Cetrymonium Chloride, Quaternium-87, Hydroxyethylcellulose, Cetrimonium Bromide, Benzyl Alcohol, Sorbic Acid, Benzoic Acid, Citric Acid, Parfum"


Balsamy tej marki są chyba ogólnie znane, kilka innych też chętnie bym wypróbowała, ale skupmy się na tym konkretnym.
Butelka 280 ml jest zaopatrzona w bardzo wygodną pompkę, która się nie zacina, ale wypuszcza niewielką dawkę produktu, więc trzeba się napompować, żeby wydobyć wystarczającą ilość. Jeszcze nie wykończyłam balsamu, więc nie mogę powiedzieć, jak pompka się sprawuje w wypadku resztek na dnie butelki.
Szata graficzna jest dość delikatna, ale po prostu elegancka ;)


Kiedy już uda się wydobyć balsam z butelki, możemy wyczuć niesamowity zapach. Jest on odrobinę męski i słodkawy, wydaje mi się, że już go kiedyś czułam, ale nie mogę sobie przypomnieć. Pozostawia na włosach delikatną mgiełkę, która wtedy już nie wydaje się taka męska, jest po prostu bardzo ładna. Uwielbiam wąchać swoje włosy po użyciu Aleppo. 

Konsystencja jest bogata, średnio gęsta i dobrze rozprowadza się na włosach. Kolor balsamu jest dość ciekawy, zielonkawo-żółtawy, nie wiem, jak go określić, ale polubiłam go :)


Jeśli chodzi o skład, tak wiem! zawsze mówię, że nie używam między innymi quaternium, ale w tym wypadku postanowiłam zrobić wyjątek ze względu na dobrą sławę balsamu, no i ten składnik jest dość nisko w składzie, więc raz kozie śmierć. Ale w składzie królują oleje i ekstrakty, więc prawie samo zdrowie.

Nie wiem, jak podejść do obietnic producenta, nie używam tego balsamu przy każdym myciu, więc szybszego wzrostu nie jestem w stanie zauważyć. Ale jedno jest pewne, włosy są odżywione i mogę się cieszyć miękkimi, gładkimi i lśniącymi kosmykami. Dla samych tych efektów naprawdę warto wypróbować ten produkt.

Jeśli chodzi o dostępność, tu możecie go dostać na niecałe 13 zł, na pewno jest również w innych sklepach z rosyjskimi kosmetykami.

Znacie ten balsam? A może inne balsamy tej firmy?
Buziaki!

Alantan Dermoline

Cześć!
Ostatnio pogoda nie pozwalała mi napisać niczego twórczego, nie dla mnie taki gorąc ;) Na szczęście dziś jest chłodno (kto by pomyślał, że będę się z tego cieszyć) i mam odrobinę wytchnienia.


Obietnice producenta:
Łagodzi podrażnienia skóry, wspomagając procesy jej regeneracji. Idealnie nawilża wysuszoną i skłonną do 
podrażnień skórę, przynosząc jej ulge i ukojenie. Alantoina przyspiesza regenerację naskórka. D-pantenol reguluje gospodarkę wodną, zapewniając skórze elastyczność.

W takim razie chciałabym napisać coś o powyższym kremie. Poznałam go oczywiście na blogach i od razu postanowiłam wypróbować.
Alantan Dermoline to niepozorny krem apteczny, kupiłam go za niecałe 8 zł. Dostajemy zakręcaną tubkę 50g, o ładnej, ale niezbyt luksusowej szacie graficznej. Jednak nie stanowi to dla mnie problemu, nie chodzi mi o piękny, a o użyteczny krem. 


Dziurka w tubie jest niewielka i umożliwia precyzyjne dawkowanie kremu, nie musimy się obawiać, że wyleci nam za dużo produktu.

Konsystencja kremu jest, zgodnie z obietnicą producenta, lekka, bardzo łatwo rozprowadza się po twarzy. Z wchłanianiem nie jest tak pięknie, choć nie powinnam oczekiwać, że po minucie skóra będzie idealna, bez śladu kremu. Wchłania się w kilka minut i nie pozostawia nieprzyjemnego filmu.

Otrzymane nawilżenie nie jest spektakularne, ale na potrzeby mojej skóry całkowicie wystarczy. Nadaje się w przypadku delikatnych podrażnień, łagodzi je i zdarza mu się nawet trochę neutralizować zaczerwienienia.

Krótko podsumowując, jest to dobry krem, o ile nasza skóra nie jest bardzo wymagająca i nie potrzebuje ogromnego nawilżenia. Alantan nadaje się jako lekki krem na co dzień, który nie zapycha.

Kolejny raz blogosfera pozwoliła mi poznać jakiś fajny produkt. 
Często kierujecie się hitami blogosfery, podążacie za nimi? 
A może poznałyście już ten krem?
Buziaki!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...