Obserwatorzy

Google+ Followers

Oriflame, base & top coat

Cześć!



Baza zamknięta w typowej szklanej buteleczce o pojemności 7ml. Pędzelek jest bardzo wygodny, sprawia, że aplikacja jest prosta i przyjemna.
Bardzo szybko schnie i jest wydajna.
Niestety w połowie buteleczki można już tylko wyrzucić. Zaczyna wtedy gęstnieć i jest jeszcze możliwa do używania, ale po pomalowaniu lakierem tworzą się nieestetyczne bąbelki. Potem baza zaczyna się ciągnąć niteczkami za pędzelkiem, co już zupełnie uniemożliwia normalnie korzystanie.
Kosztuje 22zł w Oriflame.

Uważam, że baza nie jest warta swojej ceny. Niespecjalnie wydłuża żywotność lakieru, po jakimś czasie zaczyna pogarszać jego wygląd. O wiele lepiej kupić prostą bazę z Lovely za 7zł.

Znacie tę bazę? 
Buziaki!

Catrice Camouflage

Witacje!
Dziś chciałabym Wam przekazać moją opinię na temat sławnego kamuflażu Catrice. Ten produkt już od jakiegoś czasu króluje w wielu postach, ja sama od dawna chciałam go kupić, jednak ciężko było dostać najjaśniejszy odcień. W końcu jakiś czas temu napotkałam go i od razu wylądował w koszyku :)



Kamuflaż jest w małym 3-gramowym, plastikowym pojemniczku z zakręcanym zamknięciem. Produkt był zabezpieczony kawałkiem taśmy, co jest dużym plusem, bo mamy pewność, że nikt sobie w nim nie grzebał.
Korektor ciężko się nabiera pędzelkiem, lepiej zrobić to palcem, niż się męczyć.
Mam odcień 010 Ivory, który wydaje się jasny, na zdjęciach wychodzi jasno, ale jak przyjdzie to nakładania na twarz, to jednak jest trochę ciemniejszy. 
Konsystencja jest gęsta, kremowa, raczej ciężka. Łatwo się rozciera na skórze.
Kamuflaż jest trwały, na niewystających niedoskonałościach trzyma się wiele godzin, jednak na wypukłościach może się ścierać szybciej.
Krycie jest świetne, jedna warstwa dobrze sobie radzi, dwie powinny zakryć wszystko. Niestety podkreśla suche skórki.
Zaletą kamuflażu jest na pewno to, że nie zapycha.


Kamuflaż kosztuje około 13zł.
Dostępny w Naturze.


Znacie ten kamuflaż? Używacie go?
Buziaki!


Piękne paznokcie - olejowanie

Cześć!
Kiedyś już pisałam o olejowaniu włosów (o tutaj). Teraz nadszedł czas na kolejną możliwość zastosowania olejów: olejowanie paznokci.

Olejowanie paznokci stało się już dość popularne, wiele osób docenia dobroczynne działanie olejów.
Ja sama wręcz uzależniłam się od ich wcierania. W wolne dni, kiedy zostaję w domu, potrafię cały dzień co chwilę wcierać olejek w paznokcie. Zwykle robię to przy oglądaniu seriali ;)

Efekty olejowania:
Olej nawilża paznokcie, sprawia, że stają się mocniejsze i bardziej elastyczne, co zmniejsza szanse na złamania. Przyspiesza wzrost paznokci i rozjaśnia przebarwienia.

Jak olejować?
Istnieją dwie szkoły (co najmniej ;) ) olejowania:
- moczenie paznokci w misce z olejem
- wcieranie olejków 
Moim zdaniem druga metoda jest dużo wygodniejsza, łatwiej mi pędzelkiem rozsmarować olej na paznokciach i potem spokojnie wcierać niż przez 15 minut trzymać rękę w misce. Poza tym jest to duża oszczędność, bo zużywamy tylko tyle, ile potrzebujemy, co jest trudniejsze przy moczeniu.

Czym olejować?
-gotowe olejki
Na rynku wiele jest gotowych mieszanek. Na przykład oliwka do paznokci z Inglota, oliwka Eveline (moja recenzja) i wiele wiele innych.



-oleje np. oliwa z oliwek, olej ze słodkich migdałów, olej rycynowy albo mieszanki np Babydream fur Mama



Ja sama lubię robić sobie domowe mieszanki (np taka). Używam do nich buteleczki po multiodżywczej oliwce Eveline. Już niedługo napiszę o mojej kolejnej kompozycji olejków. :)


Olejujecie panzokcie? Używacie gotowych mieszanek czy eksperymentujecie w domu?
Buziaki!




Maybelline Colorama, czyli jak bardzo się zawiodłam.

Witajcie!

Lakiery z serii Colorama znam już od jakiegoś czasu, raczej je lubiłam, ale ten niestety nie spełnił moich oczekiwań.


Idealna biel zachęciła mnie do zakupu na -40% zniżkach w Rossmannie. Myślałam, że będzie pięknie, jak bardzo się zawiodłam..
Lakier zamknięty w typowej dla Coloramy buteleczce, którą bardzo lubię. Pędzelek jest wygodny, ułatwia aplikację lakieru. 
Ale tu chyba kończą się zalety tego lakieru. Niestety jest ogromnie niewydajny ze względu na bardzo złe krycie. Przy 4 (CZTERECH) warstwach wciąż prześwituje. Wiem, że tak się zdarza przy białych lakierach, ale nie cierpię prześwitów, więc dla mnie to ogromna wada.
Ilość warstw potrzebnych do minimalnego krycia sprawia, że schnięcie lakieru bardzo się wydłuża. Kilka godzin po pomalowaniu położyłam się spać i obudziłam się z odciskami na paznokciach (co widać na zdjęciu poniżej). 
Dodatkowo lakier bardzo rozlewa się po skórkach. Ostatnio trochę je zaniedbałam i urosły, ale i tak nie powinno się tak dziać. Lakier pokrył część skórek, próbowałam trochę to naprawić, ale efekt niezbyt estetyczny (co również widać na zdjęciu).




Niestety nie mogę polecić tego lakieru. Pozostaje mi szukać dalej idealnej bieli, która będzie dobrze kryła.
Swoją drogą wiem, że moje paznokcie nie wyglądają zbyt imponująco, ale wciąż są w fazie zapuszczania po okropnym czasie łamania. Mam nadzieję, że wybaczycie ich krótkość ;)

Znacie jakieś białe lakiery, które dobrze kryją i są warte polecenia?
Buziaki!





Oriflame, żel pod prysznic

Cześć!



Z pozoru zwykły żel, ciekawy zapach, ładny kolor.
Ale tu pierwsze zaskoczenie - żel złuszczający a drobinek w środku tyle co nic. (Wybaczcie jakoś zdjęcia, ale najlepiej ukazywało biedę, którą zobaczyłam w butelce)


Opakowanie to plastikowa butelka 400 ml z zamknięciem typu klik. Prosta, nieźle leży w dłoni, nie ucieka z mokrych rąk. Szata graficzna też przyjemna, kolorowa, ładne malinki przyciągają wzrok.
Zapach całkiem sympatyczny, ale raczej bez cudów.
Konsystencja płynna, średnio wydajna. Ale długo się męczyłam, żeby go skończyć wreszcie.
Działanie z początku wydaje się nijakie, potem coraz gorzej. Ale zaczynając od początku. Sam żel rozprowadzany dłonią nie ma szans na żadne zdzieranie, te kilka żałosnych drobinek bardziej pomizia skórę niż ją złuszczy.
Nie byłoby to takie złe, gdyby nie fakt, że okropnie wysusza skórę.

Żel kosztuje 24 zł. Moim zdaniem zupełnie nie jest wart swojej ceny.

Miałyście ten żel? Lubicie kosmetyki Oriflame?
Buziaki!

Kosmetyk wielofunkcyjny - cielista kredka do oczu (Kohl pencil nude by Oriflame)

Cześć!
Jestem zaskoczona taką ilością obserwatorów. Widzę, że rozdanie przyciągnęło wiele z Was. Mam tylko nadzieję, że nie jesteście tu tylko z powodu rozdania, ale także dlatego, że spodobał Wam się mój blog i macie zamiar ze mną zostać. ;)


Dziś o czymś, co odkryłam całkiem niedawno. Pewnie wiele z Was zna takie kredki i te triki, ale pomyślałam, że warto o nich wspomnieć, bo może komuś podpowiem coś fajnego jednak.
Mowa o cielistej (czy też nude) kredce.

Po pierwsze: kreska na linii wodnej. Biała kredka odznacza się i wygląda nienaturalnie, zaś cielista pięknie otwiera oko i ukrywa zaczerwienienia.
Po drugie: pod łuk brwiowy. Bardzo fajnie podkreśla brew, zwraca na nią większą uwagę.
Po trzecie: obwódka ust. Przy obrysowaniu linii ust kredka optycznie je powiększa (oczywiście należy pamiętać o roztarciu kredki ;) ).
Po czwarte: wyrównanie kolorytu powieki i baza pod cienie do oczu.

Powyższe możliwości przekonały mnie, że koniecznie muszę zaopatrzyć się w to cudeńko.
Moja kredka jest z Oriflame.


Co tu o niej mówić, kredka jak kredka :)
Wybrałam ją, bo spodobał mi się odcień. Wiele jest cielistych kredek na rynku, ale różnią się od siebie często bardzo znacznie. Ta konkretna wydała mi się odpowiednia i nie zawiodłam się.
Jej cena to 19 zł, nie wydaje mi się, żeby był to majątek.
Kredka jest dość miękka, delikatna. Głównie używam jej na linię wodną i bardzo dobrze sprawdza się w tej roli. Nie drażni oka przy malowaniu, nie uczula. Doskonale maskuje zaczerwienienie, co jest dla mnie ratunkiem każdego ranka, kiedy widzę czerwone obwódki wokół gałki ocznej.
Utrzymuje się całkiem nieźle, nie mam zastrzeżeń. :)



Znacie wypisane triki? Używacie kredek nude? :)
Buziaki!

Rozdanie

Witajcie!

Dziś mam niespodziankę :) Na facebooku ruszyło rozdanie z produktami ze sklepu Skarby Syberii. 
Wszystkich serdecznie zapraszam do wzięcia udziału, bo nagrody naprawdę fajne :)

ROZDANIE KLIK





Buziaki!

Podkład mineralny rozświetlający Annabelle Minerals


Dziś o czymś, co bardzo chciałam poznać i wypróbować. To COŚ na pewno jest Wam znane :)


Jak napisałam, myślę, że każda z Was zna kosmetyki mineralne. Ich sława rośnie już od jakiegoś czasu i wiele kobiet naprawdę docenia ich działanie. Dlatego też bardzo chciałam spróbować.
Na początek powinnam chyba przytoczyć cytat ze strony Annabelle Minerals:

Oto 10 najważniejszych powodów dla których kosmetyki mineralne cieszą się takim uznaniem makijażystów, dermatologów i stosujących je kobiet.: 
  • 1. Dzięki zawartości tlenku cynku oraz dwutlenku tytanu, czyli naturalnych filtrów UVA i UVB, kosmetyki naturalne zapewniają doskonałą ochronę przed promieniowaniem UV (SPF15).
  • 2. Kosmetyki mineralne nie zawierają talku, silikonów, olei mineralnych ani parabenów, dlatego też nie powodują one zapychania się porów ani pojawiania się zaskórników.
  • 3. Kosmetyki naturalne mają właściwości bakteriobójcze, więc są doskonałym wyborem dla osób o tłustej, trądzikowej skórze.
  • 4. Za sprawą zawartego w nich tlenku cynku łagodzą podrażnienia.
  • 5. Nie obciążają skóry i nie powodują efektu „maski”. Dzięki temu nawet po nałożeniu kilku warstw kosmetyku nasz makijaż wygląda świeżo i naturalnie.
  • 6. Kosmetyki mineralne nie uczulają, gdyż wolne są od substancji powodujących reakcje alergiczne: konserwantów, sztucznych barwników, substancji zapachowych oraz tlenochlorku bizmutu.
  • 7. Mogą być stosowane nawet po zabiegach kosmetycznych mocno podrażniających skórę, takich jak dermabrazja.
  • 8. Są odporne na wodę i ścieranie, dlatego też kosmetyki naturalne to najlepszy wybór dla osób regularnie odwiedzających basen czy siłownię.
  • 9. Kosmetyki naturalne zawierają cząsteczki odbijające światło, co pozwala ukryć niedoskonałości skóry i sprawić by zmarszczki były mniej widoczne. Dzięki nim skóra wygląda jedwabiście gładko.
  • 10. Doskonale rozświetlają skórę i pomagają w zatuszowaniu jej niedoskonałości. Ponadto mogę być stosowane na wszystkie części ciała.
Producent pisze też, że kosmetyki mineralne są szczególnie polecane dla cery trądzikowej, więc jak znalazł :)
Niestety nie udało mi się sprawdzić trwałości kosmetyków na basenie, ale w przyszłości postaram się to zrobić.




Mój kosmetyk jest akurat testerem, czyli zawiera 1g produktu. Już tu mogę zauważyć ogromną zaletę kosmetyku - można pomyśleć, przecież 1g to nic, a tu proszę. Słoiczek może niewielki, ale podkładu w nim wcale tak mało nie ma. Nie spodziewałam się takiej ilości.
Pudełeczko plastikowe, zakręcane, przezroczyste. Proste i wygodne w użyciu.
Zapachu tak naprawdę nie ma, jest jakiś lekko wyczuwalna nutka, kiedy przysuwam nos bardzo blisko (starałam się coś wywąchać na potrzeby tego wpisu, ale efektem był tylko umazany nos ;) ), przy aplikacji nie czuję nic.
Kolor BEIGE FAIR w pudełeczku wydaje się jasny, na twarzy wychodzi trochę ciemniejszy, ale nie jest to znaczna różnica.
Jako podkład rozświetlający ma w sobie pełno świecących drobinek. Do tego mogę się przyczepić, bo nie lubię jak mi się wszystko świeci, ale to kwestia przeznaczenia tego produktu. Na szczęście drobinki nie rzucają się bardzo w oczy, kiedy są już na twarzy.
W kwestii krycia mam pewne rozterki. Nie jestem dotknięta jedną z gorszych postaci trądziku, powiedziałabym, że nie jest źle. Ale mimo wszystko czułabym się niekomfortowo wychodząc tylko z tym podkładem na twarzy. Może powinnam aplikować go na mokro i wtedy problem by zniknął?
W każdym razie używam go jako korektora pod oczy i na niedoskonałości i w tej roli genialnie sobie radzi. Przy odrobinie grubszej warstwie idealnie kryje konkretne miejsce. Pod oczy używam go naprawdę niewiele, a doskonale maskuje cienie i nadaje świeży, zdrowy wygląd.
Tak sobie myślę, że gdybym się postarała bardziej, mogłabym używać go na całą twarz i nie wspomagać się innym podkładem. Ale tak po prostu jest wygodniej, bo nie mam rano czasu na siedzenie godzinę przed lustrem i nakładaniem podkładu małym pędzelkiem (przy użyciu większego pędzla krycie jest słabe).
Wydajność jest świetna. Używam go już od jakiegoś czasu i, jak widać, słoiczek wciąż jest prawie pełny.
Trwałość też jest bardzo dobra, jeśli nie trę oczu, to wytrzymuje cały dzień (niestety zwykle w ciągu dnia majstruję przy oczach, bo robi mi się efekt pandy ;) ).
Co do ceny, jest ona kwestią sporną. Wiele osób twierdzi, że produkty mineralne są drogie, ale wydaje mi się, że w stosunku do ich wydajności, cena jest całkiem uczciwa.
1g - 7.50 zł, 4g - 30zł, 10g - 50zł (widać, że bardzo opłaca się kupić produkt 10-gramowy)

Po skończeniu testera mam zamiar kupić wersję matującą albo kryjącą (najlepiej obie). Może wtedy będę mogła zrezygnować z innych podkładów.
Jestem skłonna twierdzić, że każdy powinien wypróbować kosmetyków mineralnych!



A Wy znacie te kosmetyki? Próbowałyście? :)
Buziaki!

Trochę kultury #2

CZEŚĆ!
Dziś mam leniwą sobotę, zupełnie się nie wyspałam i nie mam siły na razie pisać czegoś mądrego. Dlatego dodam już jakiś czas temu przygotowany post dotyczący serialów, które oglądam :)


DEXTER



"Dexter" opowiada historię młodego mężczyzny. Z pozoru dobry obywatel, cichy, spokojny człowiek, technik pracujący w policji. Dexter umawia się z równie spokojną kobietą - Ritą, która ma dwójkę dzieci i nieszczęśliwy związek za sobą.
Brzmi bardzo grzecznie, czyż nie? Jakie zdziwienie spotyka widza, który zauważa, że bohater ma pewnego bzika na punkcie krwi. Właśnie nią się zajmuje na co dzień w swojej pracy, niektórzy patrząc na niego uznają, że jest psychopatą.
Cóż, jest w tym ziarnko prawdy. Bo w godzinach pracy Dexter ma bardzo niekonwencjonalne hobby, zabija ludzi. Bohater odnajduje ukojenie w morderstwie. Ma jednak swój kodeks, którego się trzyma.



Z początku możemy źle oceniać bohatera, który mimo wspaniałych pozorów, okazuje się mordercą, ale po kilku odcinkach zaczynamy go lubić i wręcz trzymamy kciuki za powodzenie jego działań.

Przy pierwszych odcinkach odrobinę się nudziłam, potem serial mnie wciągnął, choć zdarzały się momenty, które mnie nie zadowalały. Jednak wynagradzają mi to odcinki, podczas których w napięciu czekałam co się stanie.
Właśnie taki jest serial, trzyma w napięciu. Możemy śledzić doskonałą grę głównego bohatera, jego perfekcyjnie uknute intrygi, prawie wszystko ma z góry ustalone, rzadko działa impulsywnie.




Nie spodziewałabym się, że ten serial mnie wciągnie, okazało się, że po obejrzeniu tych kilku sezonów z napięciem czekałam na ukazanie się sezonu ósmego, który naprawdę mnie zaskoczył, chyba najbardziej ze wszystkich.

Ostatecznie powiem, że mimo niektórych niezbyt ciekawych momentów, mogę polecić ten serial :)



I jeszcze propozycja druga :)

Serial również kryminalny, ale tym razem bohater nie morduje. Powszechnie znany detektyw, który wraz ze swym przyjacielem rozwiązuje nawet najtrudniejsze zagadki.



SHERLOCK


Historia genialnego detektywa została przeniesiona do współczesnego Londynu, co według mnie jest doskonałym zabiegiem.
Myślę, że postaci Sherlocka Holmesa nie muszę nikomu przybliżać? 
Ekscentryczny detektyw, który może każdego zdefiniować na podstawie krótkiego spojrzenia. W serialu często przedstawione jest to, jak on postrzega innych, każdy szczegół i pojawiający się na ekranie opis pokazują, jak spostrzegawczy jest bohater.
Benedict Cumberbatch doskonale nadaje się do tej roli, po obejrzeniu pierwszego odcinka nie wyobrażam sobie nikogo innego wcielającego się w Sherlocka. Martin Freeman dotrzymuje mu kroku, dr Watson wcale nie chowa się w cieniu, choć brakuje mu szóstego zmysłu, wiele wnosi do serialu i nierzadko pomaga rozwiązać sprawę.

Od razu możemy zaobserwować nić porozumienia między bohaterami, którzy poznają się w pierwszym odcinku. Z nieznajomych sobie ludzi stają się przyjaciółmi. Są to dwie osobliwe postacie, które nie mogą się dostosować do ogólnie przyjętego schematu, są po prostu inni. Sposób, w który zaczynają pojmować siebie nawzajem jest dla mnie w pewien sposób niesamowity.



Ogromną wadą tego serialu jest fakt, że każdy sezon ma tylko 3 odcinki. Jednak jest to choć trochę wynagrodzone faktem, że każdy odcinek trwa półtora godziny :)
Drugi sezon zakończył się bardzo zaskakująco i nie mogę się doczekać aż przysiądę do sezonu trzeciego.

Nie wiem czy tylko ja się tego doszukałam, ale mam wrażenie, że często poruszany jest tu temat homoseksualizmu. Kilkakrotnie Sherlock i John są posądzani o bycie parą, sami o tym rozmawiają. Nie wiem co o tym myśleć, bo czasem istnieje pewne napięcie, ich relacja jest dość specyficzna i być może przeradza się w miłość, ale czy to miłość partnerska? Powiedziałabym, że bardziej braterska, ale w ich przypadku ciężko być pewnym czegokolwiek.


Oglądacie któryś z wymienionych seriali?
Może znacie jakieś inne warte obejrzenia seriale? Z chęcią się z nimi zapoznam :)
Buziaki!


Tołpa dermo face, strefa T - matujący krem nawilżający


Przywraca równowagę miedzy przetłuszczającymi i przesuszonymi partiami twarzy. Normalizuje wydzielanie sebum i zapobiega błyszczeniu skóry. Ogranicza powstawanie zaskórników i zwęża rozszerzone pory. Łagodzi podrażnienia i nawilża. Wygładza i długotrwale matuje. 


Skład: Aqua, Glycerin, Cyclomethicone, Peat Extract, Cetyl Alcohol, Cetearyl Olivate, Propylene Glycol, Sorbitian Olivate, Biosaccharide Gum-1, Arctium Majus Root Extract, Capryloyl Glycine, Sarcosine, Cinnamonium Zeylanicum Bark Extract, Xantham Gum, Tetrasodium Edta, Allantolin, Panthenol, Carbomer, Sodium Hydroxide, Parfum.


Krem znajduje się w aluminiowej tubce, która ma zapobiegać wciąganiu bakterii do środka, dzięki czemu jest bardziej higienicznie. Podoba mi się to, lubię takie rozwiązania, które gwarantują, że nie rozwijają nam się jakieś stworzonka.
Sam krem ma lekko zielonkawe zabarwienie i subtelny zapach. 
Jest bardzo przyjemny w używaniu, łatwo się rozprowadza i jest bardzo wydajny. Niewielka ilość wystarczy na całą twarz (bez nosa, bo tam używam innego kremu ;) ).
Rzeczywiście trochę normalizuje wydzielanie sebum, wydaje mi się, że ustabilizował stan mojej brody i czoła, które lubiły się świecić, teraz jest już lepiej.
Do tego nie wysusza, mogę powiedzieć, że wręcz nawilża.
Krem ma małą wadę, nie wchłania się zupełnie, to znaczy pozostawia lekko lepką skórę, jednak nie przeszkadza to w nakładaniu makijażu. 
Używam go rano, po posmarowaniu twarzy wystarczą maksymalnie dwie minuty i mogę się malować.

Co do ceny to za 40ml zapłacimy 30-40zł.
Dostępny w Superpharmie, aptekach.


Używałyście tego kremu? A może znacie jakieś inne godne polecenia kosmetyki Tołpy? 
Trzymajcie się!


Seri Natural Line, with honey & almond

Cześć moje drogie (i drodzy)!
Trochę się opuściłam w postach, ale miałam ciężki tydzień, ciągle coś do roboty i po prostu nie miałam kiedy przysiąść do pisania. Matura jednak zobowiązuje i czas najwyższy trochę się przyłożyć ;)
W każdym razie dziś o masce, którą kupiłam już jakoś w październiku chyba, ale przez nadmiar kosmetyków nie udało mi się wcześniej jej wypróbować ;)


Skład: Aqua, Cetearyl Alocohol, Cocamide DEA, Cetrimonium Chloride, Dimethicone, Glycerin, Mel, Butylene Glycol, Malic Acid, Actinidia Chinensis (Kiwi) Fruit Juice, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Juice, Citrus Paradisi (Grapefruit) Juice, Pyrus Malus (Apple) Juice, Trideceth-9, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Seed Extract, Panthenol, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Parfum, Cl 19140, Cl 16185 .

Kremowa maska odżywiająca do włosów suchych i zniszczonych zawiera naturalne ekstrakty z miodu i migdałów, które są bogate w aminokwasy, cukry, witaminę A, B1, B2, C, E oraz minerały, dzięki którym włosy są nawilżone i odzyskują naturalny blask.
Nałożyć maskę na włosy od nasady, aż po same końce. Pozostawić na włosach na 3 minuty. Dokładnie spłukać ciepłą wodą. 


Opakowanie jest duże, ma 1000ml. Trochę nieporęczne, nie polecam łapać mokrą ręką i liczyć na to, że uda się ją przenieść dalej. Ale pudełko ma ogromny otwór, który umożliwia wydobycie produktu do samego dna :)
Konsystencja jest dość gęsta, ale bardzo przyjemnie się rozprowadza po włosach. Ze względu na pojemność pudełka lubię sobie pozwolić na użycie większej ilości maski, ale tak naprawdę nie trzeba jej nakładać garściami, żeby pokryć każdy włos.
Skład jest niezły, dość wysoko mamy miód, potem znajdziemy też soki z kiwi, pomarańczy, grapefruita i jabłka. Potem jest jeszcze ekstrakt ze słodkich migdałów i pantenol.
Zapach średnio przypadł mi do gustu, nie jest na szczęście na tyle mocny, żebym go czuła mając maskę na głowie. Jest delikatny i mało wyczuwalny, więc tak naprawdę jedynie przy przystawieniu nosa do pudełka możemy go poczuć. Nie odjęłabym masce punktów za ten zapach.
Co do działania bardzo mnie zadowala. Zwykle nakładam ją na kilka minut, po których przy zmywaniu czuję, że włosy są wygładzone i miękkie. Po wyschnięciu osiągam fajnie nawilżone i wygładzone włosy. 
Gdzieś czytałam, że maska może obciążać i nie powinno się jej nakładać na skalp, ale u mnie działa bardzo dobrze, włosy nie są obciążone, nie ma żadnego przyklapu ani ewentualnego efektu niedomycia.

Kupiłam ją za jakieś 15 zł w Hebe. Cena naprawdę dobra jak na takie działanie i taką pojemność :)


Znacie tę maskę? A może drugą z tej serii z zieloną herbatą i imbirem? 
Swoją drogą chciałam zapytać, czy tylko ja przeżywam smutny efekt polegający na tym, że rano mam piękne miękkie i ułożone włosy, po prostu idealne wręcz, a kiedy dojdę do szkoły to są już tylko przeciętne? Nie wiem, co się zmienia, ale zwykle nie udaje mi się "donieść" pięknych włosów, kiedy wyjdę z domu.
Buziaki!

Love 2 mix organic, maska odżywcza do zniszczonych włosów




W końcu udało mi się wypróbować maskę, o której od tak dawna marzyłam :) 






Tubka 200ml, czarna, ładna, z tyłu jakieś informacje po rosyjsku, ale jest naklejka po polsku. Opakowanie jest zrobione z miękkiego plastiku, łatwo wydobyć produkt. Zamknięcie typu klik.
Zapach jest ładny, kojarzy mi się z jakimiś perfumami. Ale nie jest nachalny, niestety nie czuć go za bardzo na włosach po zmyciu.
Konsystencja jest niezbyt gęsta, ale mimo to odżywka jest dość niewydajna. Lubię mieć poczucie, że mam odżywkę na włosach, a tu trzeba nałożyć sporo a i tak za bardzo nie czuję jej obecności. Pewnie z czasem nauczę się jej odpowiednio używać, ale trudno mi jest pokryć wszystkie włosy małą ilością.
Jednakże działanie wynagradza słabą wydajność. Odżywkę trzymałam na włosach kilka minut, przy zmywaniu czułam, że są miękkie i przyjemne. Po wyschnięciu włosów ujrzałam efekt, który przewyższył moje oczekiwania. Lśniące, miękkie i gładkie. Po prostu świetny produkt, który robi na moich włosach dokładnie to, czego chcę :)
Odżywka kosztuje coś koło 20zł.

Moja pochodzi ze sklepu Skarby Syberii.

Miałyście tę maskę? Lubicie rosyjskie kosmetyki?
Buziaki!

Bentley Organic, Calming Body Lotion


SKŁAD:


Skład jest po prostu piękny. Pełno ekstraktów i olejków, jak pisze producent 90% składu to organiczne składniki.
Opakowaniem jest plastikowa buteleczka 50ml (dostępna jest jeszcze wersja 250ml). Zamknięcie jest zakręcane, za czym nie przepadam, ale nie sprawia problemów. Za to dziura, przez którą wydobywamy balsam jest trochę za duża. Zakładając, że używamy balsamu do całego ciała, myślę, że może być odpowiednia, ale ja używam kremu do rąk, ze względu na jego niewielką pojemność i wtedy zwykle trochę za dużo mi go wychodzi.


Konsystencja jest przeciętna, nie za gęsta nie za rzadki.
Zapach jest jedną z wad kremu, nie jest zbyt piękny. Ale w gruncie rzeczy nie ma tam dodawanych zapachów, więc woń jest po prostu naturalna. Jednak po chwili go już nie czuć, więc tak czy inaczej da się to przeżyć :)
Działanie jest świetne. Wynagradza mi i zapach i trochę niewygodne wydobywanie produktu. Po pierwsze wchłania się błyskawicznie. Wcieram krem w ręce i po chwili mogę robić wszystko. Krem nie zostawia tłustej warstwy na dłoniach. Pozostawia za to niesamowicie miękką i gładką skórę.

Ogólnie rzecz biorąc jestem bardzo zadowolona z tego kremu i żałuję tylko, że jest go tak mało ;)
Opakowanie 250ml kosztuje prawie 40zł (przynajmniej taki znalazłam), prawdopodobnie zdecyduję się na nie i będę używać jak teraz - do rąk. :)


 Znacie kosmetyki tej firmy? Co sądzicie o naturalnych kosmetykach?
Buziaki!





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...